3 Insurekcja Warszawska 1794. Wieszanie zdrajców. - Nwonews.pl
Witaj w serwisie nwo!

Serwis nwo powstał z myślą o ludziach poszukujących prawdy o otaczającym nas świecie.

Jeśli podobnie jak my masz już dość ciągłych kłamstw, interesujesz się poruszaną w naszym portalu tematyką, posiadasz informacje którymi chciałbyś się podzielić lub piszesz artykuły tematyczne - zarejestruj się! Rejestracja zajmie ci tylko chwilę dając dostęp do wielu dodatkowych możliwości.

Logowanie
Nie pamiętasz hasła?
Zarejestruj się!

Newsy z sieci

Insurekcja Warszawska 1794. Wieszanie zdrajców.

Władza, która nie jest w stanie lub nie chce zadbać o dobro swojego narodu nie zasługuje na szacunek. Nie może liczyć na pobłażliwość i musi liczyć się z konsekwencjami swych działań. Zaszczyty, wzaje...

Władza, która nie jest w stanie lub nie chce zadbać o dobro swojego narodu nie zasługuje na szacunek. Nie może liczyć na pobłażliwość i musi liczyć się z konsekwencjami swych działań. Zaszczyty, wzajemne adorowanie, pochlebstwa, nie będą trwać wiecznie a godzina rozliczeń może nadejść w najmniej oczekiwanym momencie.

 

Zdrajcy będą zmieniać maski, tak jak czynili to do tej pory, zaś bardziej perfidni - lub może bardziej leniwi - będą farbować tylko piórka na maskach. Dopiero zerwanie im ich z twarzy, pozwoli na dokładne zanalizowanie intencji jakimi kierują się zdrajcy. Zastanawiamy się nad tym, czy zdradzając raz, zdrajca będzie zdradzał dalej? Jakie są tego przyczyny i jak temu zapobiec? Odpowiedź na drugą część pytania jest banalnie prosta, wystarczy powiesić zdrajcę.

 

Czwartek 17 kwietnia „był dniem krwi i pogromu”, tak pisze w depeszy datowanej na dzień 19 kwietnia ambasador saski Jan Jakub Patz. Dalej czytamy: „Rosjanie byli zupełnie na to nie przygotowani, rozproszeni w rozmaitych dzielnicach, usiłowali połączyć się, lecz oddziały polskie wraz z mieszczaństwem opanowały Arsenał, rozdzielając ludowi broń: pałasze i pistolety. Rozproszone oddziały rosyjskie walczyły w pojedynkę i zaatakowane ze wszystkich stron, ginęły masowo w sposób pożałowania godny. Książę Gagarin, naczelny dowódca słynnego pułku syberyjskiego, poległ walcząc na czele jednego ze swych batalionów, podobnie zresztą jak i inni oficerowie. Batalion ów został zmasakrowany niemal całkowicie obok kościoła Świętego Krzyża na Krakowskim Przedmieściu”.

 

Czy sytuacja w której okupant zaczyna wprowadzać swoje prawa musiała zaistnieć? Myślę, iż nie, gdyż do upadku Rzeczpospolitej przyczyniły się nie tylko państwa ościenne, ale również nasi przedstawiciele władz z królem Stanisławem Augustem Poniatowskim na czele. Prywata, złodziejstwo, brak jakichkolwiek zasad moralnych, przyjmowanie pensji od sąsiednich mocarstw a na koniec zdrada obywateli, wartości i własnego wizerunku. Zastanawiające jest, za ile człowiek może się sprzedać, czy każdego można kupić? Czy ktoś sprawujący urząd musi dostać więcej, czy wręcz przeciwnie, może wystarczą mu „ochłapy z pańskiego stołu”? Król Stanisław August pierwsze gratyfikacje pieniężne otrzymał tuż po koronacji od rosyjskiego ambasadora urzędującego w Warszawie, Repnina 100 000 dukatów. W swojej publikacji pt.” Wewnętrzne dzieje Polski za Stanisława Augusta. Badania historyczne ze stanowiska ekonomicznego i administracyjnego” Tadeusz Korzon podaje że „królowi – jeszcze przed elekcją, jako stolnikowi litewskiemu, caryca wypłaciła coś w rodzaju zasiłku 65 994 dukaty”. W okresie Sejmu Grodzieńskiego, przed wyjazdem do Grodna ambasada rosyjska wypłaciła królowi w Warszawie 30 000 dukatów. Na koszty podróży i drobne wydatki. Była to zaliczka, gdyż na miejscu w Grodnie, koszty rozbioru wyniosły 200 000 rubli srebrnych, czyli 1 200 000 złotych polskich. Następnie w maju 1793 roku dostał od ambasadora rosyjskiego Johanna Siversa 400 000 złotych polskich, w czerwcu 30 000 czerwonych złotych. Innym przykładem może być suma 6 000 czerwonych złotych, która wypłacona została Stanisławowi Augustowi ze wspólnej kasy trzech dworów – petersburskiego, berlińskiego oraz wiedeńskiego. Przypuszczalnie nastąpiło to na przełomie roku 1772/73. Oprócz króla pieniądze od rosyjskich ambasadorów przyjmowali również: Adam Poniński, książę Antoni Czetwertyński, książę August Sułkowski, biskup Antoni Ostrowski. Służalczość względem obcych wojsk oraz chęć wzbogacenia się doprowadziły do wydarzeń jakie miały miejsce w dniach 17 i 18 kwietnia.

 

U schyłku XVII w. stolica Polski była, mierząc według skali europejskiej, miastem dużym. Od roku 1764 do Sejmu Czteroletniego liczba ludności Warszawy wzrosła z 30 do 115 tys., zaś w roku 1794 liczyła około 150 tys. mieszkańców. Dla porównania Berlin liczył około 170 tys. mieszkańców. Do wzrostu liczby ludności przyczyniła się dobra koniunktura gospodarcza czasów stanisławowskich. Przed powstaniem kościuszkowskim do miasta zaczęła napływać ludność wiejska jak i pozbawiona majątków zubożała szlachta, która stanowiła około jedną czwartą populacji miasta. Był to swego rodzaju ewenement na skalę Europejską. Wśród rzemieślników i kupców znaczny odsetek bogatego mieszczaństwa stanowili Niemcy, odgrywający ważną rolę w handlu. Duża część przedstawicieli magnaterii i bogatego mieszczaństwa opuściła stolicę tuż przed wybuchem powstania. Obawiano się o majątki, ale także o głowy, przewidując, że spodziewana w mieście insurekcja może upodobnić się do rewolucji francuskiej.

 

Rosjanie zaczęli obserwować pogorszenie nastrojów wśród ludności miasta. Zaczęto zachowywać się agresywnie względem żołnierzy rosyjskich, zaś na ścianach kamienic pojawiały się plakaty grożące gilotyną ambasadorowi rosyjskiemu – Igelstromowi, królowi Polaków oraz targowiczanom. Na prośbę ambasadora doszło do spotkania z monarchą, pierwszego od czasu przybycia do Warszawy Rosjanina. Zapewniał on, że nie jest intencją Rosji dokonywanie kolejnego rozbioru Rzeczypospolitej. Król powołał się na swoje wpływy w wojsku, twierdząc, iż wykorzysta je żeby nie dopuścić do przyłączenia garnizonu stolicy do powstania. Dzięki dobrej woli Igelstroma a właściwie jego rozkazom, przybył do Warszawy pułk ułanów królewskich, który został rozlokowany na Mariensztacie, w bezpośredniej bliskości Zamku Królewskiego. Żołnierze ci mieli chronić Stanisława Augusta na wypadek powstania. Król doskonale znając stosunek przywódców powstania do swojej osoby, częściowo poszedł na współpracę z Igelstromem. Z drugiej strony, sam zaczął zabiegać o poparcie u oficerów garnizonu polskiego. Wizytował ułanów, rozdając upominki oficerom. Dowódcy garnizonu złożył wizytę w jego kwaterze, co było dużym zaszczytem dla oficera tej rangi. Wymógł również na dowódcy 10. regimentu pieszego im. Działyńskich – płk. Filipie Haumanie, że gdyby wybuchło powstanie, on i jego regiment nie przyłączą się do insurgentów. Na koniec zapewniał ambasadora rosyjskiego, że jest pewien wierności całego garnizonu polskiego i nie stanie on z pewnością do walki przeciw Rosjanom. Zachowanie Monarchy pokazuje, iż podejmując decyzję kierował się jedynie własnym dobrem. Lawirował między jednymi a drugimi, jak przysłowiowa „chorągiewka na wietrze”.

 

W połowie kwietnia miasto obiegły informacje, iż Rosjanie chcą w Wielką Sobotę, 19 kwietnia, spacyfikować Warszawę. Prawdopodobnie Kiliński dowiedział się o tym od oficera z kancelarii Igelstroma. Plan ambasadora miał zakładać, że jego wojska opanują Arsenał, prochownię, podpalą przedmieścia, rozbroją garnizon i przeprowadzą rewizję w domach oraz dokonają aresztowań tysiąca pięciuset patriotów. Żołnierzom miano przy tym pozwolić na dokonywanie rabunków. Stronnikom Rosji chciano wręczyć tekturowe tabakierki, mające stanowić znak ochronny.

 

Ostateczna decyzja o wywołaniu powstania została podjęta 13 kwietnia. Spiskowcy zebrali się w domu Jana Kilińskiego przy ul. Dunaj na Starym Mieście. Wśród zebranych było 60 oficerów garnizonu warszawskiego i 40 starszych cechowych. Nie było jedności co do rozpoczęcia walki. Chciano czekać na zbliżenie się do miasta oddziałów Kościuszki. Decyzję dotyczącą terminu wybuchu podjęto ostatecznie 15 kwietnia, na spotkaniu w koszarach artylerii. Zgodnie ustalono, że sygnałem rozpoczynającym wybuch powstania będzie wystrzał armatni z Arsenału.

 

Dnia 17 kwietnia o godzinie 3.30 nad ranem na dziedzińcu koszar gwardii koronnej na Żoliborzu oficerowie zaprzysiężeni zaczęli szykować regiment do wymarszu. Gwardia wymaszerowała do koszar artylerii po działa i poderwała do walki ludzi mieszkających na trasie przemarszu. W tym czasie nie próżnowali również gwardziści konni, jeszcze przed sygnałem z Arsenału przystąpili do akcji. Rotmistrz Kosmowski, wyprowadził trzy poczty konne z koszar i ruszył na ich czele w kierunku baterii rosyjskiej za Żelazna Bramą. Na widok zbliżających się polskich kawalerzystów niczego nie spodziewający się dowódca Mikołaj Titow kazał obsadzić posterunki zgonie z panującym obyczajem i przygotować się do oddania honorów jednostce sojuszniczej. Gdy odległość byłą niewielka, na rozkaz Kosmowskiego gwardziści dobyli szabel i ruszyli do szarży. Zaskoczenie wśród Rosjan było ogromne, nie próbowali się bronić. Uciekli w panice porzucając broń, padli pierwsi zabici i ranni. W pobliżu miejsca starcia zgromadzili się cywile, którym to gwardziści rozdali broń porzuconą przez Rosjan.

 

Wystrzał z Arsenału o godzinie 5.00 dał sygnał wymarszu na swoje stanowiska polskim jednostkom, podobnie uczynili cywilni spiskowcy. Na Starym Mieście kontrolę przejął Jan Kiliński, rozdając broń i amunicję. Tłum ruszył w stronę Ratusza położonego w rynku Starego Miasta. Nieliczni zakwaterowani tu Rosjanie, którzy próbowali dołączyć do swoich jednostek, zginęli na ulicach z rąk wzburzonego ludu, który następnie ruszył w na plac Zamkowy i dalej, w kierunku ulicy Miodowej.

 

Walki tymczasem objęły kolejne dzielnice Warszawy. Obecność żołnierzy regularnych wojsk poderwała do walki ludność cywilną. Dołączyli ochotnicy, zachęceni dobiegającymi z różnych dzielnic miasta odgłosami walki. Żołnierze rosyjscy spieszący ze swoich kwater na miejsce zbiórki zostali byli ostrzeliwani z okien licznych domów. Dużo z nich nie dotarło na miejsce.

 

Podczas gdy w innych częściach miasta trwały ciężkie walki, w okolicy kwatery głównej Igelstroma panował spokój. Rosjanie pozajmowali stanowiska bojowe w domach i pałacach na Miodowej oraz Długiej. Piechota wraz z kilkoma działami obsadziła pałac Młodziejowskiego, w którym mieściła się ambasada rosyjska. Rosjanin nie czując się pewnie posłał kurierów do dowódców z rozkazem natychmiastowego maszerowania w kierunku ambasady.

 

Tymczasem przebywający na Zamku Stanisław August zaniepokojony zaistniałą sytuacją, zaczął działać. Wyszedł na plac Zamkowy i przemówił do stojących w szeregu żołnierzy, prosząc ich, by zostali przy Zamku i strzegli go. Argumenty z pewnością przekonały gwardzistów, gdyż pozostali przy osobie królewskiej. Dalszy rozwój sytuacji spowodował opuszczeniem Króla przez żołnierzy. Stanisław August ani na chwilę nie tracił pewności siebie, trzeźwości osądu i zimnej krwi. Na Zamek wtargnął tłum w poszukiwaniu broni i koni dla artylerii. W trakcie całego zajścia Król spokojnie rozmawiał z ludem próbując go uspokoić. Chciał grać, jak określił to Wacław Tokarz „rolę czynnika nadrzędnego, stojącego zarówno nad walczącym ludem, jak i Igelstromem, rozstrzygającego o ich zatargu wzajemnym”. Nie opowiedział się po stronie insurekcji, zamiast tego próbował nawiązać negocjacje z oblężonym ambasadorem rosyjskim. Jego celem było niedopuszczenie do przejęcia władzy przez ludzi reprezentujących poglądy radykalne. Zastanowienie może budzić zachowanie Króla, z jednej strony „gra” rolę dobrego ojca narodu, z drugiej dba o zdrowie i bezpieczeństwo ambasadora rosyjskiego. Postawę taką przyjmuje część obecnej elity politycznej, jednak to nie jest najgorsze, chociaż nie ukrywam, iż podłość tych ludzi prędzej czy później zostanie rozliczona. Najgorsze z tego wszystkiego jest to, że Naród Polski nie dostrzega tego na tyle dobrze, żeby zrobić z tym porządek, raz na zawsze.

 

Władzę nad powstaniem objął generał Stanisław Mokronowski, gdy zwycięstwo polskie było już przesądzone. Pozostała jedynie kwestia okrążonego Igelstroma. Mokronowski podjął negocjacje z ambasadorem. Położenie Rosjan pogarszało się z godziny na godzinę. Po naradzie dowództwo rosyjskie podjęło decyzję, że należy zdecydować się na zbrojne opuszczenie miasta. Z oddziałów broniących się na Miodowej, utworzyli kolumnę ponad 700 żołnierzy i rozpoczęli odwrót. Szli ulicą Świętojerską, dobrnęli do Franciszkańskiej, następnie Bonifraterską i Kłopot. Z tamtego miejsca mieli drogę łatwą do granic miasta. Rzadka zabudowa nie pozwoliła mieszkańcom na ostrzał wojsk rosyjskich. W taki to sposób głównodowodzący wojsk rosyjski uniknął niewoli a może nawet szubienicy.

 

Pozostałe oddziały rosyjskie poddawały się lub ulegały szturmom zwycięzców w godzinach popołudniowych. Po zdobyciu pałacu Załuskich w ręce polskie dostało się archiwum ambasady rosyjskiej w Warszawie. Stąd też, między innymi, posiadamy informacje o pieniądzach pobieranych przez polskich zdrajców. Warszawa w końcu była wolna!!!

 

Jak pisze Andrzej Zahorski w książce pt. „ Warszawa w Powstaniu Kościuszkowskim” zwycięstwo było wyłącznie dziełem ludu Warszawy i garnizonu stolicy. Na ulicach bili się rzemieślnicy, robotnicy, wyrobnicy. Dowództwo oddziałów, obok czynnych w sprzysiężeniu młodych oficerów garnizonu warszawskiego, sprawowali również cywile, głównie szlachta zamieszkująca Warszawę, spośród której wielu kiedyś służyło w wojsku, a obecnie klepało biedę na jakiejś posadce. Jest rzeczą znamienną, że ludzie bogaci byli rzadkim zjawiskiem wśród walczących. Pochowali się po strychach i piwnicach domów. Wysyłali swoją służbę do walki, zaś sami pojawili się gdy zwycięstwo stało się już faktem.

 

Przebieg walk i aspekt militarny są niezwykle ważne, dlatego że starcia toczyły się na terenie zurbanizowanym. W XVIII wieku brakuje podobnych wydarzeń, odbywających się na taką skalę. Polacy działali małymi oddziałami, liczącymi po kilkudziesięciu ludzi, ułatwiało to sprawne przemieszczanie się po terenie zabudowanym. Ostrzeliwani Rosjanie z okien i piwnic kamienic byli łatwym celem, bezsilnym wobec dobrze ukrytych strzelców polskich. Dużą rolę w walkach ulicznych odegrała artyleria, użyto wielu dział, które często przesądzały o sukcesie zarówno w działaniach ofensywnych jak i defensywnych. Silnym ogniem rozpraszano Rosjan broniących się na ulicy lub nękano ich w kamienicach.

 

Po zakończeniu walk i względnej stabilizacji, zaczęło się rozliczanie winnych. Ludzie domagali się sprawiedliwości. Padł strach na tych, przez których kraj znalazł się w tragicznej sytuacji. Wiadomość o powieszeniu w Wilnie hetmana Kossakowskiego za zbrodnię zdrady stanu była bodźcem do rozliczenia więźniów przebywających w areszcie. 9 maja wzniesiono trzy szubienice przed ratuszem i czwartą na Krakowskim Przedmieściu, naprzeciw kościoła Bernardynów. Nad każdą z nich widniał napis: „Kara dla zdrajców ojczyzny”. Wydano cztery wyroki śmierci z nakazem natychmiastowego wykonania. Hetman wielki Ożarowski, hetman polny Zabiełło i marszałek Rady Nieustającej Ankwicz zostali powieszeni około południa na trzech szubienicach przed ratuszem Starego Miasta. Na czwartej zamieszczonej przed kościołem Bernardynów zawisł biskup Kossakowski.

 

W dniu 28 czerwca jak podaj w raporcie saski ambasador Patz: „(…) lud rozwścieczony tym , że Rada nie doprowadziła do końca żadnego procesu jakie obiecała dokończyć, wyciągnął z więzień następnych więźniów, żeby ich powiesić. Postawiono 6 szubienic, w tym trzy na Rynku Starego Miasta; na jednej zawisł Boscamp, na drugiej szambelan królewski, targowiczanin Stefan Grabowski i intendent policji Mateusz Roguski. Na trzeciej oskarżyciel publiczny Józef Majewski i rosyjski agent Marceli Piętka. Na czwartej szubienicy, wystawionej na Krakowskim Przedmieściu, został powieszony adwokat Michał Wulfers, który protestował przeciwko wyrokom wydanym 8 i 9 maja. Na piątej wzniesionej przed pałacem hrabiego Branickiego książę Antoni Czetwertyński, zaś na szóstej, przed pałacem Bruhla, biskup wileński Ignacy Massalski, targowiczanin, przyjaciel Szczęsnego Potockiego.

 

Wydarzenia te obrazują rozgoryczenie i determinację ludzi, którzy oddając życie za wolność, pragnęli sprawiedliwości. Pragnęli kary za wyrządzone krzywdy i poniesione zniewagi. Brak takich kroków ze strony przedstawicieli prawa, doprowadził do wybuchu niekontrolowanej furii, której ujście powstańcy znaleźli w wieszaniu. Trudno usprawiedliwiać wieszających, jednak wyroki orzekane przez sąd (niekoniecznie kary śmierci), nie powinny być wstrzymywane. Ostudziłoby to przynajmniej na jakiś czas, tych którzy na nie czekali, nawet jeśli nie do końca , każdy z tych wyroków byłby przejrzysty i zrozumiały. Uczmy się z historii to najlepsza nauczycielka życia, zaś stare przysłowie mówi: „historia lubi się powtarzać”.

 

Bibliografia do tematu:

 

 

Wojciech Kępka-Mariański – „Insurekcja warszawska 1794” Warszawa 2012.

 

Jarosław Marek Rymkiewicz – „Wieszanie” Warszawa 2007.

 

Jan Jakub Patz – „Z okien ambasady saskiej” Warszawa 1969.

 

Jan Kiliński – „Pamiętniki” Warszawa 1958

 

Andrzej Zahorski – „Warszawa w powstaniu kościuszkowskim” Warszawa 1985.

 

M. Kozłowski, E. Wrzosek – „Dzieje oręża polskiego 1794-1939 T. II Warszawa 1973.

 

Autor: Benedykt Rutkowski

Od Marksa i Engelsa, do Schulza i Timmermansa
Trump idzie jak burza! Elity zdruzgotane, bo rozpoczyna się właśnie globalna rozmowa na serio!
Leszek Żebrowski: Nie umiemy się bronić – pora to zmienić, bo może być za późno
John Kennedy junior – ofiara klątwy czy Clintonów?
Tylko u nas! Niemcy chcą zwrotu Gdańska! Samozwańczy senat „Wolnego Miasta Gdańsk” kwestionuje polskie granice!
Komentuj przez FB